Piękne ciało, zniszczony umysł

  • 7 sierpnia 2016

Moje Drogie Panie, chciałam poruszyć ważny i niestety coraz częstszy problem jaki wiąże się z byciem fit. Jest on często poruszany w wiadomościach, które do mnie piszecie. Dotyczy zarówno młodziutkich nastoletnich dziewczyn, jak i dojrzałych pań. Temat dotyczy odżywiania i związanych z nim zaburzeń.

Wszystkie (ach, zaryzykuję to stwierdzenie) chciałybyśmy mieć piękne sprawne ciało, szczupłą sylwetkę i pełną kontrolę nad sobą. Do tego mobilizuje nas zewsząd świat – Internet, gazety, telewizja, gwiazdy, idole… Oni wydają się idealni, pełni radości, wigoru, z nadprzyrodzonymi umiejętnościami bycia sobą w każdej sytuacji. Chcemy im choć trochę dorównać i poszukać swojego szczęścia. Zaczyna się szukanie metod. Pewnie wiecie jaka metoda wysuwa się na pierwszy plan? Otóż jest to odchudzanie. Zwykle zaczyna się niewinnie.

Zgubię 5 kilo i wszystkie problemy znikną. Zaczyna się poszukiwanie diet cud, studiowanie tabel kaloryczności, odmawianie sobie najpierw słodyczy, później kolacji… Gubi się 5 kilo, ale apetyt wzrasta, a umysł zaczyna podpowiadać: jeszcze 5 i będzie idealnie. Zrzucam więc kolejne 5, nie czuję się wcale dobrze, ale staję się trochę gwiazdą – wszyscy (czyli „przyjaciele” z FB czy nic nieznaczący znajomi wokół) zachwycają się nową figurą i podnoszą kciuki. A ja? Brnę dalej. Idzie mi coraz lepiej. Ćwiczę i mało jem. Znów chudnę. Rodzice nic nie widzą. A właściwie to mama jest tak zajęta swoimi dietami, że nie bardzo pilnuje mojego odżywiania. Wprost przeciwnie, zauważy że schudłam i nawet ją to ucieszy. Bo wreszcie z pyzatej dziewczynki, staję się prawdziwą fit kobietą. Całą sobą skupiam się na odżywianiu i ćwiczeniach. Liczę, kalkuluję, ważę, odwiedzam przeróżne fora, czuję się bohaterem swojego życia. Na początku nie przejmuję się zanikiem miesiączki, meszkiem na całym ciele, brakiem realnych znajomych. Po co mi, skoro i tak mnie nie rozumieją? Rodzicom zeszłam z głowy, bo jestem teraz bardzo samodzielna, a oni w spokoju zajmują się swoimi sprawami i przede wszystkim tym, żeby w domu niczego nie brakowało. Nie rozmawiam z nimi. Zwłaszcza od czasu, gdy zemdlałam podczas ćwiczeń i rodzice przyjechali do mnie do szpitala. Kazano mi jeść…

Ta historia może mieć różne kontynuacje. Być może rodzicie się otrząsną i pomogą córce, znajdą pomoc i poznają tajniki tej jakże ciężkiej choroby. Jeśli córka ma większą świadomość i wiedzę, może sama zacznie szukać pomocy, porzucając swoje „ideały”? Może zakocha się w chłopaku, który pokocha ją bez względu na wygląd? Oby tylko takie zakończenia miały podobne historie.

Jest jeszcze druga dziewczyna. To ta, która już bardzo mocno i twardo stąpa po fit świecie, a jej celem są występy na konkursach sylwetkowych. Droga na scenę tychże zawodów jest ciężka i bardzo wyboista. Należy im podporządkować większość życia. Ustalony plan treningowy i dietetyczny to największa świętość. Żadne święta, wyjazdy, spotkania, wesela, komunie, chrzciny nie są w stanie sprowadzić zawodniczki na boczny tor. Cel jest jeden. Aby go osiągnąć trzeba być wytrwałym i bezkompromisowym. Konkurencja nie śpi… Lubię codziennie wykonywać ciężkie treningi, to one dają mi kopa. Gdy ćwiczę czuję, że jestem we właściwym miejscu i robię dla siebie to co najlepsze. Jem 6 posiłków dziennie, które uzupełniam suplementami. To powoduje, że jestem bardzo zdrowa, a mięśnie mają idealne warunki do rozwoju. Mam tylu przyjaciół, którzy wyznają podobne do mnie wartości. Razem się dopingujemy, ustalamy wspólne treningi i nawet przyzwyczaiłam się do kolegów, którzy po sterydach zachowują się agresywniej. No cóż, nikt nie mówił, że będzie lekko. Ale im jest ciężej, tym bardziej odczuwa się czyhający gdzieś tam za rogiem sukces. Ja sama mam dość rozregulowany system hormonalny. Mówiły mi o tym starsze stażem fitnesski, ale jak się czegoś bardzo chce, to trzeba się poświęcić. Po zawodach wszystko wróci do normy, zaleję się wodą i tłuszczem, a system hormonalny będzie pracował jak nowy. Czyżby? No i zostaną ze mną na zawsze najpiękniejsze wspomnienia, które zawsze będą mi przypominać… No właśnie co?

Płaski brzuch, separację mięśniową, plastikowy puchar, dużą torbę odżywek? Czy może brak czasu dla najbliższych, tęsknotę za świętami jak w dzieciństwie, utraconą cześć życia dla radości bycia razem, z dziećmi, z rodziną? Bo czy pasja, która ma tak silny wpływ i ingerencję w zdrowie jest warta poklasku osób, które napiszą: dobra robota, świetny brzuch? Czy żyje się dla tych ludzi? Dla tych tysięcy przyjaciół, zamiast dla garstki tych, którym na nas zależy? Nie spektakularnie, ale zdrowo, wesoło z błędami, z nadprogramową oponką, ale w szczerym uśmiechu i empatii do wszystkich, nawet tych, którzy z fit światem nie chcą i nie mają nic wspólnego.

Ja też dostaję wiadomości, w których prosicie o pomoc, czując, że to co robicie nie zmierza we właściwym kierunku. To już bardzo dużo uświadomienie sobie tego. Ostatnio skontaktowała się ze mną Pani Anna Gruszczyńska, która aktywnie zajmuje się pomocą osobom z zaburzeniami odżywiania, sama będąc ich ofiarą przez 15 lat. Swoimi doświadczeniami wspiera wszystkich tych, którzy znaleźli się w szponach anoreksji czy bulimii. Dziś wyszła na prostą i stała się ważnym głosem w ratowaniu chorych. Doradza jak nie popełniać tych błędów co ona, nie przechodzić przez piekło zaburzeń odżywiania. Ostatnia książka Pani Ani „To nie jest dieta!” to nietypowy poradnik, w którym pisze jak ustrzec się zaburzeń odżywiania, jak zapanować nad swoją wagą, ale przede wszystkim nad swoim życiem. Bo ten kto ma nad nim kontrolę, kto zdołał wyrobić w sobie pozytywne nawyki, osiągnie wszystko czego pragnie i uniknie wpakowania się w poważne kłopoty – także z jedzeniem.

To nie jest dieta! www.wilczoglodna.pl

To nie jest dieta! www.wilczoglodna.pl

Jeśli zmagasz się z zaburzeniami odżywiania szukaj pomocy u bliskich, u rodziców. Spróbuj znaleźć dobrego psychodietetyka lub dobrego trenera, który poza odpowiednio dobranymi treningami, będzie umiał Ci racjonalnie pomóc w podejściu do bycia fit. Jeśli oni nie są w stanie Ci pomóc skontaktuj się z psychologiem lub psychiatrą. Wierzę, że każdemu się uda!


O mnie


Nazywam się Aleksandra Żelazo. Jestem mamą Krzysia i Olka, żoną i panią domu, blogerką i youtuberką. Poza tym jestem pasjonatką aktywności fizycznej, instruktorką fitnessu, kulturystyki oraz pilatesu. Po wielu latach treningów fitnessowych i biegowych zatrzymałam się i znalazłam dla siebie idealne miejsce do dalszego rozwoju – jest to joga. Regularna praktyka pozwala mi łapać równowagę między ciałem i umysłem, wyciszyć się i tak prowadzić treningi, żeby działały prozdrowotnie i dodawały jak najwięcej energii. Zapraszam na mój blog!