Jak znalazłam jogę? Moja przemiana z Trenerka.info na JogaŻelazo

  • 22 sierpnia 2017

Jak znalazłam jogę?

Moja przemiana z Trenerka.info na Joga Żelazo

Zapraszam do siebie 🙂 fot. Dorota Białkowska

Ten tekst chciałam napisać od dawna. To znaczy myślałam o nim, gdy w mojej głowie pojawił się pomysł, żeby zagłbić się w jodze, poznać ją, nauczyć, poczuć i przede wszystkim sprawdzić czy joga to moja historia. Okazało się, że jest to zdecydowanie moja historia, która pięknie wpisuje się w moje dotychczasowe życie. Ale od początku… Weź kubek herbaty lub zmiksuj ulubione owoce z warzywami i zapraszam Cię do siebie 🙂

Mój pierwszy kontakt z jogą miałam jako wczesna nastolatka. Ojciec mojej koleżanki z klasy był bioenergoterapeutą oraz joginem. Był człowiekiem bardzo aktywnym i empatycznym. Lubił ludzi i chciał im pomagać. Jako że byłyśmy z Magdą dobrymi koleżankami i lubiłyśmy spędzać ze sobą czas, jej ojciec zabierał nas w niedzielne poranki na basen – wstawałam przed 7 rano w weekend! – a po nim na grupowe zajęcia jogi. On był nauczycielem. Wtedy joga to było coś niesamowicie egzotycznego. Nie ukrywam, że podśmiewałyśmy się podczas praktyki. Pozycje z wyciągniętym językiem, szybkie i mocne wydechy powietrza, śmieszne skręcanie się w pozycjach, i leżenie podczas zajęć. To było dla mnie niebywałe. Moje wyobrażenia aktywności ograniczały się do biegania, grania w piłkę ręczną, koszykówkę, ćwiczenia sprawnościowe i basen – czyli to na czym skupiały się moje treningi w szkole sportowej. A tu nagle taka forma ćwiczeń – oddychanie, leżenie… Spokój nauczyciela, skupienie ćwiczących. Było inaczej. Ale ponieważ zawsze mnie ciągnęło do nowego, do wyzwań, do próbowania, to i joga znalazła się na mojej wczesno-młodzieńczej ścieżce aktywności.

Ten romans z jogą jednak dość szybko się zakończył i na długo o niej zapomniałam. W międzyczasie moja mama przynosiła do domu książki wydawnictwa, w którym pracuje do dziś, traktujących o jodze. Wszystkie przejrzałam, ale nie było w nich ilustracji ćwiczeń i łatwego, zrozumiałego dla mnie języka. Te książki opisywały jogę jako filozofię, z poziomami rozwoju świadomości, oznaczeniami czakram człowieka… Skupione były na wiedzy jaką można zdobyć poznając jogę. Ale to nie była moja bajka. Wciąż wolałam biegać 🙂

Bycie fit to fajna moda! fot. Arleta Magda

Biegałam i ćwiczyłam. W międzyczasie skończyłam studia, wyszłam za mąż, urodziłam dwójkę dzieci, zafascynowałam się fitnessem i sposobami na kształtowanie sylwetki i charakteru. Zdobyłam uprawnienia instruktorskie i trenerskie. Odkrywałam nowe formy aktywności, chętnie w nich uczestniczyłam. Spędzając dużo czasu w fitness klubach próbowałam wszystkich proponowanych treningów – od boksu aż do jogi. Wszystko mi się podobało. O losie! Z moim charakterem, gdy chce się wszystkiego spróbować i wejść na trochę wyższy poziom, żeby lepiej poczuć, pogłębić umiejętności, znaleźć dobre i gorsze strony – zrobiło się tego naprawdę dużo. Na szczęście będąc osobą nieźle zorganizowaną udawało mi się łączyć pasje z obowiązkami. Zawdzięczam to mężowi, rodzicom oraz teściom.

Będąc na rodzinnych wakacjach na Fuerteventurze z małymi jeszcze dziećmi, spędzaliśmy czas głównie na plaży i nad basenem. Codziennie widywałam tam starszego pana, który nie przejmując się spojrzeniami innych, rozkładał nad wodą matę i pięknie ćwiczył jogę. Po kilku dniach obserwacji podeszłam do niego i zapytałam czy nie miałby nic przeciw temu, żebym poćwiczyła z nim. I tak już zostało do końca wyjazdu. Okazało się, że pan to Czesław Berr, jeden z najstarszych nauczycieli jogi w Polsce, praktykujący od lat. Po powrocie do domu znalazłam zajęcia jogi w fitness klubie i rozpoczęłam przygodę z ashtangą – to forma jogi dynamicznej, wymagającej dużej sprawności, siły i opanowania dość długiej sekwencji. Czyli taki rodzaj, który w tamtym okresie najmocniej do mnie przemawiał. Był duży wysiłek, wyzwania, nowe pozycje, balanse, stanie na głowie, przeskoki, rozciąganie, szpagaty, skręty… Po zajęciach wychodziłam mokra, ale jakże szczęśliwa. Niestety, po dwóch latach moja nauczycielka Agata Świerk musiała zrezygnować z prowadzenia zajęć i wtedy zaczęłam szukać dalej.

Joga to praca z ciałem i oddechem, fot. Dorota Białkowska

Znałam już Hatha-jogę i jogę akademicką prowadzoną przez Janusza Szopę. Podobało mi się jego matematyczne podejście do jogi – ustawienie każdej pozycji w precyzyjny sposób, z umiejętnością dostosowania kątów, długości, wyciągania, rozciągania. Dzięki temu zobaczyłam, że w jodze nic nie dzieje przez przypadek – wszystko ma określony cel, służący przede wszystkim zdrowiu, usprawnianiu ciała. Tu nie ma miejsca na bylejakość. Liczy się jakość, a nie ilość. Ćwiczenia są dostosowywane do aktualnych możliwości ćwiczącego, dzięki czemu jest to forma ćwiczeń absolutnie dla każdego. Co niekoniecznie przejawia się w formach fitnesowych.

Później trafiłam do szkoły jogi Iyengarowskiej – Zacisze Jogi z charyzmatyczną i doskonałą nauczycielką – Katarzyną Złotkowską – Kałamajską oraz innymi nauczycielkami uczącymi metodą Iyengara. I tutaj właśnie zdecydowałam, że chcę poznać jogę – nauczyć się metodyki, poznać filozofię jogi, ćwiczyć ciało, odnaleźć więcej spokoju, ukoić umysł. Fitness zaczął mi więcej zabierać niż dawać. Przestałam widzieć cel moich treningów, czułam, że coś zaczyna mi umykać. Nie chciałam prowadzić moich portali społecznościowych i pisać o zrobionych treningach, pokazywaniu brzucha czy podnosić do rangi niesamowitości zjedzenie tortu, lodów czy kurczaka z Maka. Chciałam więcej prawdziwości, radości, uśmiechów… Bez względu na wygląd brzucha, przebiegnięcie 10 km o 5 rano czy porcję fit posiłku z dokładnym odmierzeniem gramatury ryżu, ryby i oliwy.

Udało mi się. Znalazłam jogę tak naprawdę teraz. Lubię ćwiczyć, poznawać nowych nauczycieli, usprawniać ciało. Lubię położyć się podczas zajęć, pomedytować.   Dostosowuję praktykę do cyklu menstruacyjnego, dbam o system hormonalny, zdrowo się odżywiam. Zwracam uwagę na oddech. I czuję się ze sobą dobrze. Wciąż szukam wyzwań, a wierzcie mi, że joga, asany i techniki oddechowe bywają bardziej wyczerpujące niż przebiegnięcie maratonu. Tylko w jodze dba się nie tylko o ciało, ale również o umysł. W dzisiejszym świecie to wartość niebywała.

Urdhva Mukha Svanasana – piękna asana otwierająca serce, fot. Dorota Białkowska

I wiecie co jest najpiękniejsze? Za każdym razem gdy wchodzę na matę czuję radość i wyczekuję gdzie dziś zaprowadzi mnie praktyka. Czy ciało i umysł połączą się? Czy odkryję coś nowego? Czego nauczy mnie trwanie w asanach? Czy uda się skupić czy trudno będzie mi okiełznać rozbiegane myśli? Każda praktyka przynosi tyle nowych doznać. Zaczynam dostrzegać ich coraz więcej. To faktycznie czas bycia tu i teraz, wsłuchanie się w siebie, próba medytacji, uwolnienia od trosk (przynajmniej tymczasowego) i spojrzenia na siebie z perspektywy cudów, które się w nas dzieją. Bo to w nas jest całe piękno. Nie do podrobienia, nie do zniszczenia, nie do naruszenia. Kiedyś moja mama często śpiewała piosenkę Igi Cembrzyńskiej z której szczególnie zapamiętałam jeden wers: „ Bo ja mam, swój intymny mały świat…”. Dopiero teraz to w pełni rozumiem. I nucę sobie między praktykami.

Namaste!

Do następnego spotkania na blogu 🙂

Ola

Napiszcie mi o swoich początkach z jogą. Były łatwe? Od razu zaiskrzyło, czy tak jak u mnie dojrzewało latami?

W następnym artykule będę chciała napisać o tym jak zdobyłam uprawnienia do nauczania jogi oraz o samym egzaminie. Czy ten temat będzie dla Was interesujący?


O mnie


Nazywam się Aleksandra Żelazo. Jestem mamą Krzysia i Olka, żoną i panią domu, blogerką i youtuberką. Poza tym jestem pasjonatką aktywności fizycznej, instruktorką fitnessu, kulturystyki oraz pilatesu. Po wielu latach treningów fitnessowych i biegowych zatrzymałam się i znalazłam dla siebie idealne miejsce do dalszego rozwoju – jest to joga. Regularna praktyka pozwala mi łapać równowagę między ciałem i umysłem, wyciszyć się i tak prowadzić treningi, żeby działały prozdrowotnie i dodawały jak najwięcej energii. Zapraszam na mój blog!